Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Do góry

Na górę

komentarzy 12

z pamiętnika włóczkoholiczki, czyli jak pokonać nałóg...

z pamiętnika włóczkoholiczki, czyli jak pokonać nałóg…
Herbi
  • dnia 27 września 2015
  • http://herbimania.com

Włóczkoholizm – pewnie dobrze znasz ten nałóg. Przeglądasz Internet, a tu nagle ktoś wrzuca na „fejsie” zdjęcie przepięknego dziergadła z jakiejś niesamowitej włóczki. I po prostu musisz ją mieć (nie szkodzi, że jest luksusowa i potwornie droga). Widzisz zdjęcia fajnego swetra i natychmiast rozpoczynasz poszukiwania odpowiedniego „surowca”, by wydziergać coś takiego samodzielnie. A na spotkaniu robótkowiczek sprzedawali takie mięciutkie merino w niesamowitych kolorach. I cóż, znów sięgnęłaś do portfela, a Twoje zasoby włóczkowe się poszerzyły. Solennie obiecujesz sobie, że to ostatni zakup w tym miesiącu i nie kupisz już nic, zanim nie zużyjesz zapasów.

Włóczkoholizm podstępem odbiera Ci przestrzeń życiową

Czas mija, w Twoim ulubionym sklepie właśnie ogłosili promocję (prawdziwa okazja!) i nudząc się przeglądałaś Allegro, a tam w dziale „Kolekcje i sztuka – Rękodzieło – Szycie i dziewiarstwo” ktoś dosłownie za bezcen oferował jedwab o grubości „Lace” i trzeba było licytować, zanim inni zorientują się, że to taka okazja. Czas mija, zaczynasz kolanem upychać motki w szafie, żeby ją domknąć. Paczki z włóczką poukrywałaś we wszelkich możliwych schowkach. Stałaś się mistrzynią wykorzystania każdego skrawka przestrzeni do przechowywania kłębków i motków.

Twoje tempo dziergania nie ma szans w konkurencji z tempem kupowania. W końcu nie pamiętasz już, po co kupiłaś daną włóczkę. Co więcej nie pamiętasz nawet, że posiadasz taką włóczkę w swoich zapasach. Mimo to, gdy potrzebujesz czegoś o konkretnych parametrach, to okazuje się, że nic takiego nie masz pod ręką (ani w szafie, ani w tym kontenerku upchniętym pod łóżkiem, … ani w torbie w pawlaczu…. ani w supersprytnym, foliowym opakowanku próżniowym ukrytym na szafie (tak, urządzenie do pakowania i worki próżniowe kupiłaś specjalnie po to, by zmniejszyć nieco objętość zapasów włóczkowych i byłaś z siebie bardzo dumna).

Przyznaję się bez bicia do prawie wszystkich powyższych przestępstw oraz do tego, że coraz mniej mi z tym wygodnie. Dla chwili przyjemności z posiadania pięknych motków zagracam mieszkanie, wydaję kupę kasy. Mimo to zwykle jestem sfrustrowana koniecznością dokupienia czegoś nowego, bo to, co mam do nowego, wymyślonego przeze mnie projektu się po prostu nie nadaje.

Moja przygoda z minimalizmem…

Co ciekawe, włóczki to chyba jedyna sfera, której nie objął mój minimalistyczny plan na życie. Kilka lat temu, wykorzystując generalny remont mieszkania jako pretekst, postanowiłam przemeblować przy okazji własne obyczaje. Pozbyłam się masy rzeczy z domu: książek (zostawiłam tylko te, do których wracam regularnie), ubrań, „durnostojek”, niepotrzebnych mebli, akcesoriów kuchennych itd.

Nie ukrywam, że wielkim natchnieniem były dla mnie książki Dominique Loreau: „Sztuka prostoty” oraz „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu”, a także wspaniały blog Leo Babauty „zen habits”. Z niektórymi problemami radzę sobie lepiej, z innymi gorzej. Ogólnie jednak moje życie bardzo się uprościło i uspokoiło. Mieszkanie nagle jakby stało się większe. Mam poczucie, że swobodnie w nim oddycham, że nic mnie nie przytłacza. A wyobraźnia lepiej działa, gdy podziwiam jeden piękny kwiat stojący na parapecie, niż wtedy, gdy z każdego kąta wyglądało coś przyciągającego uwagę.

Staram się także żyć bardziej świadomie, dzięki czemu w znacznej mierze ograniczyłam zakupy emocjonalne. Nie dotyczy to jednak nabywania włóczek. Nie lubię, gdy coś odbiera mi wolność, a uzależnienie od zakupów (choćby tak przyjemnych) z pewnością to robi. Dlatego postanowiłam nad tym zapanować. Włóczkoholizm, to nie dla mnie.

Plan działania

1. Identyfikacja „wyzwalaczy nałogu” – spróbuję przeanalizować, w jakich sytuacjach dokonuję nieprzemyślanych zakupów włóczek, w jakich okolicznościach, nastroju, czasie itp. To ważne, aby uświadomić sobie, kiedy tworzy się środowisko stymulujące mnie do impulsywnych zakupów, bo pozwoli unikać takich okazji.

2. Inwentaryzacja zasobów – teoretycznie wiem, jakie włóczki posiadam, ale jeszcze nigdy nie próbowałam ich zinwentaryzować, np. żeby uświadomić sobie, jaką kwotę pieniędzy zamroziłam w ten sposób. Postaram się więc przejrzeć wszystkie zapasy (to chwilę potrwa), spisać nazwę włóczki, kolor, miejsce, w którym jest schowana, przeznaczenie (jeśli potrafię sobie przypomnieć, po co ją kupiłam) oraz szacunkową cenę (niektóre włóczki leżą już chyba z 5 lat, więc trudno je będzie dokładnie wycenić).

3. Analiza zinwentaryzowanych włóczek pod kątem ich dalszych losów – bazując na spisie postaram się podzielić posiadane włóczki na trzy kategorie: pierwsza – włóczki, które chcę zatrzymać i wiem, co chcę z nich wydziergać, druga – włóczki, które chcę zatrzymać, ale na razie nie mam na nie pomysłu, trzecia – włóczki, których chcę się pozbyć.

4. Sprzedaż/oddanie niechcianych włóczek – dość oczywisty punkt, prawda? Może Allegro, może jakieś „candy”, może ogłoszenie o sprzedaży na blogu – opcji jest sporo.

5. Ułożenie planu wykorzystania włóczek kupionych do konkretnego projektu – pozwoli mi to na realistyczną ocenę, ile czasu zajmie opróżnianie „sejfu”.

6. Po zużyciu zapasów o konkretnym przeznaczeniu zastanowię się jeszcze raz, czy włóczki bez przydzielonego projektu mogę jednak wykorzystać w określonym celu i czy nadal chcę je zatrzymać – później powtórka z pkt. 5 i 4.

7. Zapobieganie – nie łudzę się, że nagle tak po prostu zrobię się twarda i nie dam się skusić jakimś fajnym promocjom i innym okazjom. Włóczkoholizm to podstępna bestia. Obietnicę: „Od dziś nie kupuję nic do czasu, aż zużyję zapasy” mogę włożyć do działu: „Fantastyka, mity i legendy” 😉 Dlatego potrzebny mi też plan zapobiegawczy. Będzie się on składał z kilku punktów.

Plan zapobiegawczy

  • Unikanie sytuacji wyzwalających odruch zakupów impulsywnych,
  • Uważność – odnotowywanie nastrojów, okoliczności, które skłaniają mnie do zakupów: jeśli takie się pojawiają, odkładam zakup do następnego dnia, jeśli nadal bardzo chcę mieć tę włóczkę i mam na nią konkretny pomysł – kupuję.
  • Kupowanie tylko takich włóczek, na które mam konkretny pomysł: zakładam szkicownik, w którym wreszcie zbiorę notatki, pomysły i inspiracje i w którym łatwo będzie przypisać włóczkę do projektu (nazwą projektu będę oznaczać paczki z włóczką, żeby nie wypadło z pamięci).
  • Monitorowanie wydatków na włóczkę – nic tak nie otrzeźwia, jak możliwość ujrzenia czarno na białym, ILE wydałaś w tym miesiącu na włóczkę. Włóczkoholizm bazuje bowiem także na słodkiej ignorancji. Ten punkt zbiega się z moim pomysłem, aby pójść za poradami Michała Szafrańskiego z jakoszczedzacpieniadze.pl i wreszcie zacząć rejestrować wszystkie swoje wydatki i rzeczywiście świadomie zacząć zarządzać domowym budżetem. Włóczki będą miały w rejestrze osobną kategorię i już nawet ja sama nie będę mogła ukryć przed sobą prawdy 😉

Trudno mi określić ramy czasowe tej akcji, ale w ramach pozyskiwania dodatkowej motywacji w postaci presji społecznej zamierzam opisywać kolejne kroki na blogu, więc trochę was pozamęczam wpisami o tym, co będzie się działo z moim zapasem włóczek. Docelowo chciałabym mieć pod kontrolą zakupy, a w domu zapas włóczek wystarczający na rozpoczęcie 3, maksymalnie 4 projektów.

Trzymajcie za mnie kciuki, bitwa będzie straszliwa! Nadchodzi control freak!

Zobacz także: jak zapanować nad włóczkoholizmem – etap pierwszy: inwentaryzacja zasobów.

Komentarze

  1. W sprawie punktu czwartego proszę o priva jak dojrzejesz,bo inaczej się raczej nie dopcham,a Twoje preferencje kolorystyczne są BARDZO zgodne z moimi i mi zależy

  2. Jesteś bardzo dzielna! Podziwiam, ale wyłącznie platonicznie, bo naśladować nie zamierzam, przynajmniej na razie … . :P.

    • Obowiązku nie ma, pomyślałam tylko, że dla niektórych osób może to być ciekawy temat 😉

  3. już od ponad roku próbuję – muszę się pochwalić że może raz albo dwa uległam nagłemu kaprysowi i skusiłam się na jeden cudowny moteczek ręcznie farbowany na chustę i to wszystko, doszłam do wniosku, że życia mi nie starczy na te wszystkie udziergi i przystopowałam z zakupami 😉 Tobie tez życzę wytrwałosci 🙂

    • Dziękuję bardzo, mam nadzieję, że się uda. I gratuluję, że Ci się udaje wziąc nałóg w karby 🙂

  4. Widzę po tym wpisie, że wiele nas łączy 🙂 Minimalizm wprowadzam w swoje życie od tego roku, wyrzuciłam mnóstwo gratów, uporządkowałam garderobę, sporo jeszcze przede mną, ale zmiana jakościowa jest już wyraźnie widoczna. Zainspirowana książką „Minimalizm po polsku” zdecydowałam się ograniczyć moje zapędy w zakresie wełny, włóczek i akcesoriów, bo uznałam, że minimalizm to robienie w życiu miejsca na to, co daje mi szczęście i jest dla mnie ważne.

    Jeśli chodzi o włóczkowe zakupy, to moim jedynym problemem jest to, że zawsze wydaję na nie więcej niż zamierzałam, ale mam swoje rytuały i rzadko poza nie wykraczam – włóczki kupuję przede wszystkim podczas spotkań dziewiarek, a poza tym kupuję jedynie rzeczy, których mi brakuje (motek do aktualnego projektu, druty czy żyłka). Staram się też nie przekraczać 10% zarobków przeznaczanych na włóczkę – to prosta metoda i u mnie działa. Nie przeglądam Allegro, sklepów włóczkowych, Etsy, Facebooka itp., bo prawda jest taka, że chciałabym wszystko 🙂 Inspiracje traktuję właśnie tak jak sama nazwa wskazuję, jako coś co mi się podoba, co chcę mieć, ale także coś co ze sfery planów musi przejść do sfery rzeczywistości, a więc zderzyć się z moją aktualną kolejką robótkową na Ravelry i w mojej głowie. Na razie mam plan na najbliższe kilka miesięcy i muszę przyznać, że zaskakująco niewiele się tam zmienia.

    Muszę też przyznać, że niedawna decyzja, by pozbyć się ogromnej części moich zapasów i oddać je w dobre, kochające ręce dodała mi skrzydeł. Bo tak się składa, że swoje uzależnienie w dużej części karmiłam przyjmowaniem różnych niekochanych motków, które inaczej trafiłyby na śmietnik. I niepostrzeżenie moje zapasy zmieniły się w ogrom śmiecia z odrobiną zaledwie nitek, które autentycznie mnie cieszyły i zachwycały. Teraz mój magazyn to pewnie 1/3 albo nawet 1/5 pierwotnego, ale zebrałam nareszcie to wszystko w jednym miejscu (a nie w każdym kącie domu po trochę) i cieszę się tym widokiem nawet jak w danej chwili nie używam większości motków.

    • ooo, jaka obszerna wypowiedź 🙂 Dzięki, bardzo to inspirujące, co piszesz. A tę ksiązkę o minimaliźmie po polsku musże obczaić, bo nie znam.

  5. Joaska

    Herbi! Świetny tekst. Zamierzam się nim zainspirować a nawet więcej. Planuję zrobić to samo:-). Myśl ta oczywiście chodzi mi po głowie od dawna, ale chyba bałam się z nią skonfrontować. W przepastnych pudłach zalegają włóczki jeszcze z czasów początku mojego powrotu do dziergania – skoro leżą kilka lat, to szansa że je wykorzystam jest praktycznie żadna. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do Ciebie, sama nie projektuję a jedynie dziergam ze wzorów kupionych, zatem parametry włóczki są dla mnie kluczowe. Co więcej – ja mam nadzieję że to będzie pierwszy krok do pozbycia się innych „wyrzutów sumienia” a więc ciuchów, które leżą bo….no właśnie nie wiadomo po co bo przecież ich nie noszę:-) ( ale kosztowały kupę kasy więc jak to?! oddać?!). A zapanowanie nad impulsywnymi zakupami kosmetyków to moje marzenie.

  6. Trzymam kciuki! 🙂
    Na mnie o dziwo dobrze działało kupowanie włóczek tylko na konkretny projekt, a najlepiej w czasie kiedy to udawało mi się mieć tylko jedną robótkę na drutach. Potem w nagrodę za skończenie jej mogłam sobie kupić kolejne motki na następną.
    I w zasadzie teraz mam 3 robótki naraz, 2 motki na przyszłą zaplanowaną i 3 ze swetra z zeszłego roku, prutego kilka razy. I nie byłoby tak źle…
    Tylko coś ostatnio zaszalałam z kilkoma motkami, bo raz, że będą jeszcze (!) droższe, to niektóre kolory nie będą już dostępne, aj.

    [ps. w ogóle nie liczę pudeł akryli z początków przygody dziewiarskiej, bo bym wszystkie włosy z głowy rwała]

    • Podziwiam i będę dążyć do podobnego stanu 🙂

Dodaj komentarz